Mowa miłości

Ktoś powiedział, że „taniec to mowa miłości” i chyba coś w tym jest. Przynajmniej w takim sensie, że żeby dobrze tańczyć, trzeba taniec kochać  :-)

A ja kocham taniec, choć dziś już tylko platonicznie :) Zawsze go kochałam. Już jako dziecko nie umiałam usiedzieć w miejscu, więc mama zapisała mnie najpierw na zajęcia baletu (nudy  :roll: ), a potem do Zespołu. t2 To był dziwny czas w moim życiu, nie wiem, czy dobry, czy zły. Inny. Nie żałuję tego wysiłku, niekończących się prób, hektolitrów wylanego potu i tremy przed każdym występem. W sumie dla nas, dzieci i nastolatków, ważniejsze było uznanie kierownika zespołu, niż publiczności, bez względu na to, czy byli to oficjele, czy dzieci kolonijne. Zresztą zza świateł rampy niewiele widać.

Kiedy przestałam już tańczyć na scenie, tańczyłam na dyskotekach. Tam znajdowałam sobie jakąś małą „scenę”. Nie, nie po to, żeby się popisywać w sumie już nie pamiętam, ale wierzę, że tak próżna nie byłam   :-P , ale żeby się swobodnie wytańczyć. Nauczono mnie wiele i wszystko to, nawet bezwiednie, odruchowo, jak ten pies Pawłowa, powtarzałam potem przez całe życie. Przed każdym występem (ważna rozmowa, szkolenie, publiczne wystąpienia) robiłam to samo: głęboki wdech koniecznie przeponą, koncentracja, głowa do góry, proste ramiona i uśmiech „no, co z wami, uśmiech na twarz, tańczycie, nie kopiecie rowy; uśmiech, ludzie na was patrzą; uśmiech…uśmiech…Ten uśmiech na dyskotekach bywał nieraz mylący, ale inaczej tańczyć nie umiałam.  Wkładałam go jak kostium przed występem.

t1

A potem wyszłam za mąż. Za wcześnie. Nie musiałam. Zwyczajnie nie umiałam powiedzieć „nie”. Skończyły się dyskoteki i tańce w ogóle, bo ex sam nie tańczył i bardzo nie lubił, kiedy tańczyłam z kimś innym. Tańczyłam więc już tylko w głowie. Bez końca „przelatywałam” znane układy, wymyślałam nowe. I gdybym mogła jeszcze raz żyć, to chciałabym być choreografem. Kocham taniec zespołowy. Pewnie dlatego, że go rozumiem i znam. Wiem, na co patrzeć, co jest trudne. Szybko wyłapuję potknięcia i doceniam kunszt. Obserwując tańczących, bezwiednie napinam obciążane przez nich właśnie mięśnie.

Pewnie nie każdy zdaje sobie sprawę, jak ważne w tańcu są ręce. Taniec zazwyczaj kojarzony jest z pracą nóg, i słusznie, ale ręce im bardzo w tym pomagają, zdejmując znaczną część obciążenia, dając chwilowe wytchnienie. Dla mnie mistrzostwem świata jest taniec irlandzki, gdzie ręce są praktycznie wyłączone z ruchu podobno Irlandczycy, z obawy przed Anglikami, spotykali się w małych, ciasnych pomieszczeniach, gdzie tańczono tak, jak metraż pozwalał Jeśli idzie o wysiłek, to w porównaniu z nim nasz energochłonny, zamaszysty oberek, czy mazur, to ledwie zespół niespokojnych nóg  :-) Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje samych tylko podskoków w miejscu, bez stepowania, przez 30s. 

 

Ale jest także taniec, równie wymagający, gdzie ruch nóg jest, przynajmniej wizualnie, wyłączony do minimum. Tańczą ręce i układ. I to też nie jest proste. Dziewczyny pod spódnicami „drobią kroczki” na palcach, żeby sprawiać wrażenie płynących. Wymaga to opanowania, skupienia i poskromienia temperamentu.To rosyjski korowód.

 

Kocham taniec właśnie za to, że wymusza i pozwala mieć absolutną kontrolę nad swoim ciałem: mięśniami, oddechem, mimiką. A także za to, że daje szansę na wyrażenie wszystkich uczuć bez słów, za to pięknie. 

W sumie taniec to dla mnie już historia i wspomnienie. I dobrze, że jest. W ten czas smuty dobrze jest mieć takie wspomnienia i móc o nich opowiedzieć. 

t3  

 

43c komentarze/y do Mowa miłości

  • Piękny tekst… pięknie napisałas, a ja tez kocham taniec. W przeciwieństwie do Ciebie nie uważałam baletu za nudy, i bardzo chciałam pójśc do szkoły baletowej – niestety najbliższa była około 70 km ode mnie, i to załatwiało temat. W różnych zespołach tez tańczyłam, ale głównie ze względu na warunki fizyczne tańczyłam sporo solówek. A potem, gdzies dopiero pod koniec liceum, pojawił się taniec towarzyski. Bo dyskoteki jakoś nie… W towarzyskim nie miałam już szans na jakis wielki sukces, za to miałam ogromną przyjemnośc. Bawiliśmy się razem z moim tanecznym partnerem wspaniale przez kilka lat, i potem , podobnie jak Ty, wcześnie wyszłam za mąz. A mój mąż…hm… nie tańczy. To znaczy czasem tańczy, dla mnie, ale to dla niego wielkie poświęcenie. A sama nie lubię. Więc teraz nie tańczę. Więc to przeszłośc… Czasem oglądam różne takie, i teraz najchętniej tańczyłabym jazz albo modern. Solo nawet mogłabym.

    • szarabajka

      To wielkie szczęście znaleźć partnera i do tańca i do różańca. Szkoda, że ex taki nie był. Wyrwał mi pół serca dobierając prawo do mojej wielkiej miłości.

  • Jak miło spotkać pokrewną duszę! :) U mnie było odwrotnie, 7 lat tańca towarzyskiego, a potem prawie 2 lata w balecie (robiliśmy tło dla łódzkiego „Le soleil”). Tańca się nie wyrzekłem, i mam nadzieję nawet z Kostuchą zatańczyć pas de deux.Oczywiście w latach młodości tańczyło się bez przerwy 2-3 doby (np. na weselach), potem już tylko kilka tańców, teraz najwyżej jestem w stanie pokazać zainteresowanym parę kroków, bo przytyka i brakuje oddechu. Ale wspomnienia pozostają. Uwielbiam tango i w ogóle tańce o erotycznym podłożu, takie jak np. ten:
    https://www.youtube.com/watch?v=Plamd0WI6N8

    • szarabajka

      Według mnie każdy taniec ma erotyczny podtekst.
      Taniec towarzyski, jak pamiętam a innych informuję, był uskuteczniany na tzw. dancingach, gdzie mnie, małolatę, nie wpuszczano. Zresztą byli tam ludzie znacznie starsi ode mnie, wtedy w moich oczach, stojący nad grobem :), więc wolałam towarzystwo rówieśników.

      • No, nie bardzo mogę się zgodzić z całością tego komentarza. Gdyby przyjąć alegoryczny charakter tańca to dzieli się on na kilka wyraźnych dziedzin (a te na wiele innych) z których najbardziej odległy od tego co piszesz jest „danse macabre” (taniec śmierci). Także taniec wojenny nie ma nic wspólnego z erotyką. Dancingi to t.zw. „gibańce”, gdzie każdy „**j na swój strój”, więcej o tym tutaj:
        http://taniec.dlastudenta.pl/artykuly/Rodzaje_tancow,1332.html
        Taniec towarzyski (a nie kurs tańca!) to w zasadzie 10 podstawowych tańców obowiązujących na całym świecie, a w każdym z nich obowiązują inne kroki, stąd nie da się walca tańczyć tangiem, chociaż niektórzy to „potrafią”. ;) :-D
        Pewno zapytasz, czy ma to znaczenie skoro można się miarowo „gibać” i nazwać to tańcem? Ma kapitalne, bo po tym odróżniamy się poziomem cywilizacyjnym, tak jak sposobem jedzenia (sztućce, pałeczki, paluchy).

        • Zespół, w którym tańczyłam nie był wyłącznie folkowy. Miał w swoim repertuarze różne tańca, także walc, a nawet charleston’a :)
          Dancingi to były spotkania taneczne późnym wieczorem. Nie wiem, czy taka usługa nadal funkcjonuje.

          „Pewno zapytasz, czy ma to znaczenie skoro można się miarowo „gibać” i nazwać to tańcem? Ma kapitalne, bo po tym odróżniamy się poziomem cywilizacyjnym, tak jak sposobem jedzenia (sztućce, pałeczki, paluchy).” Tego akapitu, w kontekście tego o czym napisałam w notce, nie rozumiem.

          • No i właśnie zapytałaś. ;)
            Myślę, że to dobry pomysł, aby 10 podstawowych tańców było znanych na wszystkich kontynentach. Nie da się przecież ukryć, że wspólny taniec często jest ostatnim aktem przed pójściem do łóżka. I jak dotąd nie wymyślono chyba lepszego sposobu na bliższe poznanie się.

          • Czy jeśli dobrze nam się tańczy, będziemy dobrą parą? Nie sądzę, żeby to wystarczyło.

          • anzai

            Chyba nigdzie nie łączyłem umiejętności tańczenia z byciem „dobrą parą”, chociaż jest to prawda. Znam zresztą dużo osób, które w ten sposób się połączyły. Sam jestem tego przykładem.
            Dlatego przytoczyłem taniec jako najlepszy sposób (cielesnego) poznania się. Ale może Ty znasz inny lepszy? Ja próbowałem spotykać się na basenie, w biosaunie (np. w krajach skandynawskich kobiety i mężczyźni razem korzystają z sauny), ale nie dawało to takiej przyjemności jak przytulenie się w tańcu erotycznym, nawet zwykłym tangu.
            Czy jest to wyznacznik „dobrania się”? Przecież można wziąć sobie za męża chama, który żre paluchami, mlaska i beka przy stole, albo żonę tańczącą z mężem za pomocą wałka do ciasta … ale wtedy miejmy pretensje tylko do siebie.

          • Chyba nigdzie nie łączyłem umiejętności tańczenia z byciem „dobrą parą”, chociaż jest to prawda. Znam zresztą dużo osób, które w ten sposób się połączyły. Sam jestem tego przykładem.
            Dlatego przytoczyłem taniec jako najlepszy sposób (cielesnego) poznania się. Ale może Ty znasz inny lepszy? Ja próbowałem spotykać się na basenie, w biosaunie (np. w krajach skandynawskich kobiety i mężczyźni razem korzystają z sauny), ale nie dawało to takiej przyjemności jak przytulenie się w tańcu erotycznym, nawet zwykłym tangu.
            Czy jest to wyznacznik „dobrania się”? Przecież można wziąć sobie za męża chama, który żre paluchami, mlaska i beka przy stole, albo żonę tańczącą z mężem za pomocą wałka do ciasta … ale wtedy miejmy pretensje tylko do siebie.

          • Miałam na myśli to, że nie należy popadać w skrajności: to, że oboje partnerzy kochają to samo, np. taniec, nie znaczy jeszcze, że ich związek będzie udany. Ty piszesz o „poznaniu” się od strony fizycznej i to fakt, że taniec, jako „mowa miłości” daje taka szansę, przy czym wytrawne „tancerki” ;) uwodzą nawykowo. To tak jak z tym moim wytrenowanym uśmiechem.

            Poza tym nie trzeba mi mówić dwa razy :) A poważnie, to mam znowu kłopoty ze stroną – jak widzisz nie mogę się zalogować.
            Pozdrawiam ciepło, bo coś pochmurno u mnie…

        • Nie, drogi Anzai. Muszę stanowczo zaprotestować przeciwko tego typu uogólnieniom! O poziomie cywilizacyjnym nie świadczy rodzaj sztućców. To, że ktoś robi coś inaczej nie znaczy, że robi to gorzej. Nasza cywilizacja wcale nie jest najdoskonalsza i nie ma powodu, żebyśmy czuli się lepsi. Azjaci jedzą pałeczkami, siorbią i mlaskają, ale nie nazywaj ich chamami.
          Masz pojęcie o tańcu balijskim na przykład? To nie jest tylko gibanie się. Mam wrażenie, że jest on dużo bardziej wyrafinowany od tanga

          • szarabajka

            Myślę dokładnie tak samo, jak Ty, Ewo. Jeśli mam wybierać między wyuczonymi krokami, a nieskrępowaną, kreatywną ekspresją, zawsze wybiorę tą drugą opcję, choć doceniam kunszt i dyscyplinę tańca klasycznego.

          • Droga Ewo. Nie bardzo wiem dlaczego zostałem zasypany takimi insynuacjami, bo przecież w kontekście sposobu jedzenia wymieniłem, cyt. „… sztućce, pałeczki, paluchy …” n.b. nie palce (bo tak też się je niektóre wykwintne potrawy), Ty natomiast odnosisz się tylko do swojej teorii pisząc o sztućcach, siorbaniu, i mlaskaniu i zarazem żądając abym nie nazywał innych (kogo?) chamami.
            I tu jest chyba źródło nieporozumienia. Bo przecież idąc np. na wystawę o Witkacym dobrze jest zapoznać się pierw z jego twórczością, podobnie idąc na ekskluzywny bal dobrze jest wiedzieć jaka kuchnia pojawi się na stole i czym różni się walc od tanga.
            Nie mam nic przeciw kulturze balijskiej, ale to jednak tańce europejskie i amerykańskie zawładnęły światowym parkietem, a nie fantastyczne tańce balijskie.
            No i rzecz najważniejsza. Nie mylmy cywilizacji z kulturą, bo cywilizacja to (z Wiki) „stopień opanowania środowiska naturalnego”, a więc sztućce zamiast paluchów, tańce standardowe zamiast balijskich, itd., itp., W globalizacji chodzi przecież o to, aby np. Eskimos (czy Balijczyk) mógł zatańczyć tango z Australijką i zjeść ostrygę bez wywoływania obrzydzenia u innych bardziej wrażliwych osób. Myślę, że po to właśnie organizuje się kursy uczące tańca towarzyskiego, czy sposobu jedzenia bezy. ;)

          • Szarabajko. Taniec towarzyski – jak sama nazwa mówi – to wspólna ekspozycja, czy improwizacja ruchu min. dwojga osób. Myślę, że ważne jest, aby nie doszło do tego, że ona tańczy po balijsku, a on po europejsku, bo oboje nie będą tym zachwyceni. Poza tym ja odnoszę się do oficjalnych międzynarodowych imprez, gdzie spotykają się nieznani sobie ludzie, natomiast Ty (tak podejrzewam) nawiązujesz do lokalnych zabaw, dancingów. W tym kontekście oboje mamy rację, chociaż odnosimy się do nieco innych kwestii.

  • Pięknie opisałam miłość do tańca. Ja też lubiłam tańczyć, po amatorsku co prawda, ale nie przeszkadzało mi to czerpać radości z tańczenia. Irlandzki taniec uwielbiam;)

    • szarabajka

      Zabrałam kiedyś jednego z „narzeczonych” na koncert zespołu z Irlandii. Jego aktywność kulturalna ograniczała się do np. spotkań z Cejrowskim. Po koncercie wyszedł urzeczony i oszołomiony. Dosłownie odebrało mu mowę.

  • ~A.

    Ze względu na stan zdrowia nie wiele tańczyłam. Stawy jednak nie dawały możliwości, aby poczuć magię tańca…Zapewne mam czego żałować…Eh.

    • szarabajka

      A., ja nie mam żadnych innych talentów. Bozia nie dała :( Ja nawet kota nie umiem narysować :) Myślę, że ten dryg do tańca dostałam od Stwórcy w ramach nagrody pocieszenia.

  • Doskonale Cie rozumiem, tez zawsze kochalam tanczyc – nawet mialam dwoj dwuletni epizod w grubie tanecznej, nazywalismy sie „Male Bum” :D hahahh :D jak sobie to przypomne to no…
    Teraz tez mnie nosi dosc czesto, ale jak juz tancze to glownie przy gotowaniu ^^ tez tak masz? ^^

    • szarabajka

      Przy gotowaniu zazwyczaj przeklinam w głowie :) Nie znoszę tego. Marnowanie czasu. Ale kiedy jestem w gościach lub w knajpie i coś zagrają, to może być nawet melodyjka w komórce :), na twarz wypełza mi uśmiech, ciało wchodzi w rytm. I zupełnie nie rozumiem, jak inni mogą spokojnie siedzieć? :-/

  • Ja tańczyć zawsze chciałam, a należałam do chóru, do zespołów tanecznych przyjmowali szczuplejsze i bardziej wiotkie, ale lubiłam tańczyć prywatnie, nawet chodziłam do szkoły tańca. Podziwiam wszystkie grupy taneczne, bo wiem jaka to ciężka praca, by wszystko wyszło równo i energetycznie. Lubię oglądać występy taneczne i widowiska baletowe. Nie wyobrażam sobie wyłączenia rąk, a nawet ust, bo lubię w tańcu pośpiewać lub ponucić…

    • Zespół był także śpiewający. Solistką nigdy nie byłam, ale nie fałszowałam :) Bardzo lubię śpiewać, ale jakoś nie znajdowałam aplauzu u synów: „mamo, przestań!” :)))

  • ~Stokrotka

    Piękne masz taneczne wspomnienia.
    Ale szkoda, że tylko wspomnienia.
    Możesz przecież tańczyć solo – gdy jesteś sama. To jest przecież piękne.
    A więc do dzieła!!!
    :-)

  • ale że lekcje baletu nudne są? mordercze ćwiczenia uwieńczone uśmiechem po dobrze wykonanym pas de deux ;) właśnie balet – jak dla mnie – to mową miłości jest i jedynie prawdziwą miłością do tańca trzeba się wykazać, by zdecydować się na krew, pot i łzy, które towarzyszą przez całe – krótkie – zawodowe życie tancerza.

  • ~ktosia

    „Dziewczyny tańczą jedno lato,
    a może dwa, a może trzy…” A g..no prawda. Twoj tekst jest tego najlepszym dowodem. :)

  • :)

    Znowu nie mogę się zalogować :(

  • Szarabajko, rozumiem, bo zaliczyłam sama kursy tańca rozmaitych stylów, ponieważ atmosfera plus muzyka mają niezwykłe oddziaływanie. Natomiast Ty masz talent, więc szkoda, że nie nauczałaś tego, co umiesz i co było pasją.
    Serdeczności

    • szarabajka

      Coś Ci opowiem. Raz, na koloniach, przygotowałam występ zupełnie surowych dzieciaków z okazji 22.07. Dzieci miały motywację, bo próby odbywały się w czasie nielubianej ciszy poobiedniej. Kierowniczka kolonii była pod wrażeniem i złożyła gorące podziękowania i uznania dla…mojej przyjaciółki :) Ona miała taki w tym udział, że udostępniła mi „swoje” dziewczynki do pary dla „moich” chłopców, ale pomyłki nie sprostowała. I tak się skończyły moje wyczyny choreografa :D

  • Pomimo skończenia szkoły muzycznej – czyli słuch i wyczucie rytmu teoretycznie mam – absolutnie nie potrafię i nie lubię tańczyć. Po prostu ruszam się jak żel betonowy kloc i nic na to nie poradzę. Ale magię tańca potrafię docenić u innych. Najpiękniejsza scena tańca z filmu, jak dla mnie była w „Zapachu kobiety” Al Pacino i Gabrielle Anwar – cudo.

    • szarabajka

      Ten film też na mnie zrobił ogromne wrażenie, nie tylko z powodu tańca.

      Ja, natomiast, mimo wyczucia rytmu, aż do przesady :) nigdy nie zagrałam i nie zagram na żadnym instrumencie. Próbowałam kursu gry na gitarze. Poległam. Nie umiem połączyć dźwięków z chwytami.

  • A mnie jakoś Bozia słuchu nie dała, więc od dzieciństwa taniec i śpiew były dla mnie źródłem stresu i wstydu, nieosiągalnym marzeniem… Dopiero jako dorosła osoba zaczęłam się leczyć z kompleksów i tańczyć… na rurze. ;-)

    • szarabajka

      Każdy ma jakiś talent i jakieś ograniczenia. Ważne, żeby tych pierwszych nie zakopywać, a z powodu tych drugich nie wpadać w depresję :)

  • Wstyd przyznać, ale taniec jest jedną z tych rzeczy, których nie potrafię zrozumieć… Moja druga połowa lubi tańczyć… W innych sprawach dogadujemy się!

  • Zazdroszczę Ci tego tańca. Moje życie, przynajmniej w jego wczesnej fazie, kręciło się wokół śpiewu :)
    Zarówno muzyka, jak i czyjś taniec, może wywołać u mnie dreszcz emocji, a nawet płacz. Ze wzruszenia, że ktoś pięknie śpiewa lub tańczy.

    Miłego wieczoru, Szarabajko :)

  • ~dahutt

    nostalgia – praca rąk i ramion we flamenco, ból mięśni i trenerka krzycząca „wiem, że boli, ale widz nie musi wiedzieć, uśmiech na twarz!” Więc na przekór wezuwiuszom – uśmiech na twarz droga pani !

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>