Schizofrenia rodzinna

Schizofrenia to choroba polegająca, w dużym uproszczeniu, na rozpadzie osobowości. Mówi się o niej w odniesieniu do osoby. Jednak rodzina też ma swoją osobowość, utkaną przez relacje pomiędzy poszczególnymi jej członkami. Kiedy jedna z tych relacji się drastycznie zmienia, cała rodzina choruje. Najczęściej właśnie na schizofrenię. Oczywiście jest to moje własne, całkowicie niepoparte żadnymi badaniami naukowymi, widzenie rodziny. 

Najczęściej rodzinną schizofrenię wywołuje rozpad, wchodzącego w jej skład, małżeństwa. Wbrew pozorom nie dotyczy on tylko tego małżeństwa. Rozerwane zostają więzi między rodzinami małżonków, ich przyjaciółmi i powinowatymi. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że bywają rozstania przyjacielskie, tylko, że mnie to jakoś nie przekonuje. Zawsze jedna ze stron czuje się lub faktycznie jest, bardziej pokrzywdzona, a jej rodzina będzie się, co naturalne, z nią solidaryzować. I to jest jedna z tych sytuacji, kiedy nie należy oczekiwać obiektywizmu nawet od najbardziej spolegliwych i uczciwych ludzi. 

No, bo i jak mają być obiektywni, kiedy i ich komfort psychiczny zostaje poważnie naruszony? Raczej rzadko kto żyje w pustce społecznej. Przez lata nawiązują się sympatyczne więzy, ale też, jak to w rodzinie, zależności i współzależności, nie daj Boże materialne. Rozpad związku rujnuje zaufanie, nie tylko małżonków do siebie. Przyszłość wymaga wypracowania nowego sposobu funkcjonowania i zerwania/nawiązania innych relacji, czasem niezwykle karkołomnych. Niepewność rodzi strach, a gdzie strach, tam i demony. 

Pamiętam rozstanie pewnych młodych ludzi, gdzie żona pozostawiła chorego na raka męża, przenosząc się z dziećmi do kochanka, rozbijając przy okazji jego rodzinę. Adwokatka poradziła jej, żeby nie wnosiła o rozwód, bo korzystniej jest być wdową. Tuż przed, niespodziewanym dla wszystkich, rozstaniem, zdążyła jeszcze naciągnąć męża na operację powiększenia piersi. To wszystko było w najwyższym stopniu OBRZYDLIWE, a piszę o tym po to, żeby pokazać reakcję rodziny tej…pani. Po kilkumiesięcznym wstrząsie i dezorientacji powstała wersja, że mąż ją bił. Ja nie wiem, czy ktokolwiek w to wierzy, ale coś z tym gównem trzeba było zrobić. Paranoja? Tak. W schizofrenii często pojawia się wątek paranoidalny. Widzimy i słyszymy to, czego nie ma, a co podpowiada nam strach, niepewność lub nienawiść.

Zrywający ze sobą więzy ludzie najczęściej nie myślą o tych, którzy będą cierpieć razem z nimi. W swej zapiekłości i cierpieniu są egoistyczni, myślą „tunelowo” i to jest jak najbardziej zrozumiałe. Czy wybaczalne? To już zależy od tego, kto ma wybaczać.

Nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką rozwodów, czy rozstań. Czasem jest to już jedyne wyjście, żeby dalej żyć. Jednak decydując się nań, dobrze jest mieć świadomość, ilu ludzi przy okazji się krzywdzi.   

 

rozwód

30c komentarze/y do Schizofrenia rodzinna

  • W tej wojnie rodzinno-rodzinnej zawsze rykoszetem najbardziej dostają dzieci. A to jest najgorsze.

    • szarabajka

      Tak. I to bez względu na wiek. Słysze czasem, że starsze dzieci już „potrafią zrozumieć”. A co do cholery maja rozumieć? Że ich całe dotychczasowe życie to było oszustwo i że nikomu nie można ufać? To rujnujące.

  • Masz rację absolutną. Każdy rozwód to sytuacja schizofreniczna, jakby na to nie patrzeć.Cierpią wszyscy bez wyjątku, niestety, a najbardziej dzieci.Moja znajoma tak to przeżyła, że dziadków nie odwiedza i na grób ojca wcale nie jeździ, jako że to on odszedł do innej.
    Serdeczności

    • szarabajka

      Rzadko jest tak, że dziecko nie opowiada się po żadnej ze stron. Jest mu źle, więc szuka winnego, bo przecież „samosię” nic nie dzieje. Paradoksalnie lepiej/łatwiej jest, kiedy występuje ewidentna patologia (przemoc, alkoholizm).

  • Trudno mówić o zerwaniu więzów rodzinnych, gdy wszystko wskazuje, że być może nie zostały one nawiązane prawidłowo.

    • szarabajka

      Nie, Andrzej, więzy to więzy, bez względu na to, jak zostały nawiązane (tak po prawdzie to nie wiem, co znaczy prawidłowo?). Jeśli są, to są.

      • Nie bardzo chce mi się wierzyć, że masz wątpliwości w tak podstawowych kwestiach (?!!!), więc traktuję to tylko jako zachętę do dialogu.
        A prawidłowe więzy to takie, gdzie np.: 1/ Związek małżeński był wynikiem wzajemnych uczuć i zaufania, a nie oczekiwań (np. materialnych, seksualnych, itp.), 2/ Dziecko narodziło się z miłości obojga rodziców, a nie z przymusu jednej strony (czasem obojga!), 3/ Wspólny majątek powstał z uczciwej pracy rąk, a nie np.: działalności przestępczej, czy otrzymania spadku, 4/ Rozwój osobowościowy (wykształcenie, kultura osobista, …) objął równomiernie wszystkich członków rodziny, itd., itp., …

        • szarabajka

          Bardzo dobrze, że napisałeś o co Ci chodzi. Ja, pisząc więź, mam na myśli każdą więź EMOCJONALNĄ, nawet bez formalnych zależności i obwarowań, choć często i takie w rodzinie są.

  • Tez takie sytuacje przerobiłam, w ich najgorszym wydaniu. Po czymś takim nic już nie wraca do normalności i niektóre więzy zrywane są na zawsze. Często też takie osoby mają wyjątkowy talent do wpędzania innych w poczucie winy i żadnych skrupułów… a wszyscy znajomi i spokrewnieni odczuwają tę schizofrenię do końca życia.
    Z własnego doświadczenia dodam, że występuje tu także tzw. pamięć wybiórcza…

    • szarabajka

      Oczywiście, że występuje. Każdy stara się świadomie, a zazwyczaj bez tej świadomości, chronić stabilność psychiczną przed rozpadem. Nawet za cenę schizofrenii, czyli rozpadu. Taki paradoks. Musi się rozpaść jedno, żeby nie rozpadło się wszystko.

  • Jestem zdania że jeśli można ratować związek to trzeba to robić, ale nic na siłę

    • szarabajka

      Na siłę ewentualnie można uratować małżeństwo w sensie formalnym, co też nie jest złe, ale do miłości, wierności i odpowiedzialności nikogo zmusić nie można.

  • w rodzinie – tak jak w naczyniach połączonych – każda, nawet minimalna zmiana, powoduje zmianę we wszystkich pozostałych. ale czasami nie da się inaczej. a że potem na pierwszy plan wysuwają się wyimaginowane pretensje i wybiórcze traktowanie przeszłości – cóż, człowiek bywa pokrętną istotą.

    • szarabajka

      Ze wszystkim się zgodzę, poza tym „cóż”. To nie jest jakieś cusz, to jest WIELKIE COŚ, Stres rozwodowy jest porównywalny z tym po śmierci współmałżonka.

  • Zgadzam się, że w wyniku rozwodu następuje zerwanie więzi psychicznych i czasem są nie do odbudowania. Jednak jeśli dochodzi do rozwodu, to znaczy, że nie było tam miłości. Jeśli wszystko jest ok to ani jej ani jemu nie przyjdą do głowy myśli o rozejściu się. Bycie razem na siłę nie daje szczęścia żadnej ze stron, a dzieci które wychowują się we wzajemnej wrogości rodziców nie wynoszą z domu dobrych wzorów na życie i są zagubione. Nie ma dobrej recepty.

    • szarabajka

      Młodzi ludzie różnie definiują miłość. Starzy zresztą też :) Ja bardziej bym się skupiała na odpowiedzialności, lojalności i wierności, niż motylkach w brzuchu, których żywot jest…motyli.

  • Bolesny, ale bardzo życiowy temat. Najważniejsze, by w trudnej sytuacji nie stracić szacunku do siebie nawzajem.
    Bardzo przykra ta historia rodzinna, którą przytoczyłaś. Nie jestem za tym, by być z kimś z litości, bo jest chory, widocznie już przedtem między tymi małżonkami coś się popsuło… Ale usprawiedliwianie swojego odejścia kłamstwem, jest dla mnie nie do przyjęcia.

    • szarabajka

      Słowa przysięgi małżeńskiej nie są przypadkowe:”…w zdrowiu i w chorobie…”; ktoś, kto je kiedyś dawno temu układał wiedział na czym polega życie. To nie litość, a współodpowiedzialność za drugiego człowieka. Masz dzieci. Pomyśl, że to jedno z nich zachorowała, a jego współmałżonek odchodzi, bo „w małżeństwie coś się popsuło”. Myślę, że zbyt spolegliwie zachowujemy się wobec tłumaczeń w stylu: małżeństwo się wypaliło, to był błąd itp. Przecież nikt nikogo do małżeństwa nie zmusza. Można w dzisiejszych czasach żyć w wolnym związku i niczego nie przysięgać.

  • Zgadzam się z Tobą, Szarabajko. Chyba trochę niejasno się wyraziłam, bo moje słowa zabrzmiały, jakbym popierała rozwód. Nie to miałam na myśli. Nie usprawiedliwiałam odejścia od współmałżonka w sytuacji choroby.
    Nie, to nie wchodzi w grę, wtedy trzeba być podporą, a nie chować głowę w piasek i uciekać.
    Miałam na myśli zwykłą relację dwojga ludzi, gdy nie ma skaramentu (jeszcze lub już) i między parą zaczyna się coś psuć, chcą się rozstać i wtedy okazuje się, że jedno z nich zapada na ciężką chorobę, a wówczas drugie decyduje się zostać z tą osobą, ale robi to z litości.
    Małżeństwo to poważna sprawa, ono zobowiązuje.
    Ale tak, jak mówisz – nikt nas nie zmusza, by je zawierać…

    • szarabajka

      Ja dyskutowałam nie tyle z Tobą :), co z wszechobecnym relatywizmem w określaniu dobra i zła. Czy zauważyłaś jak teraz ludzie łatwo sobie wybaczają mniejsze i większe draństwa? Wystarczy je ładnie opakować w słowa i sumienie jest zbędne. Że już o poczuciu winy nie wspomnę. Może bywam zbyt dosadna, niektórzy mówią „kłótliwa” :), ale jakoś nie umiem dostosować się do takiego trendu.
      Bardzo serdecznie pozdrawiam :)

  • Rozwody bywają korzystne… dla adwokatów!

  • Jednak czasem naprawdę nie ma innego wyjścia i jeśli dzieci mają być świadkami, jak rodzice się szarpią (mentalnie i/lub fizycznie), lepiej się rozejść…
    Nie jestem za rozbijaniem rodzin tylko dlatego, że ktoś się zakochał, a inny odkochał. To myślenie typowo egoistyczne, ukierunkowane na usatysfakcjonowanie swego ego.

    Schizofrenia to dość poważna jednostka chorobowa, która niestety nie obejdzie się bez leków…

    Miłego, słonecznego dnia :)

  • Chciałabym wspomnieć przy okazji mojego u Ciebie debiutu, o często także schizofrenicznej konsekwencji rozpadu związku jaką bywają rodziny patchworkowe. Niestety nie daję się przekonać, że wspólne spotkania, przyjaźń dla dobra dzieci działają na korzyść takich rodzin. Nie wyobrażam sobie, że biesiaduję w długi weekend z byłym mężem, jego nową partnerką, naszymi wspólnymi dziećmi, ich dziećmi i jej dziećmi. Toż to paranoja, chyba dla nikogo dobra. Owszem, przyjazne stosunki (jeśli to możliwe) z drugą stroną są pożądane, ale nie teatr dla nie wiadomo kogo. A często włączają się w to jeszcze babcie i dziadkowie obu stron. Naprawdę słyszałam o takich patchworkach. Ciekawe, co o tym myślisz?

    • szarabajka

      To, co Ty.
      Po rozwodzie poszłam do swojej już byłej teściowej i zapytałam, jak mam się do niej zwracać? Odpowiedziała, że tak jak dotychczas, „mamo”, bo mamą jest się na zawsze. Myśmy się naprawdę lubiły, byłyśmy zżyte, jak człowiek z człowiekiem, kobieta z kobietą. Zostawiłam jej swój nowy telefon, ale nie zadzwoniła. I chyba ją rozumiem. Syn nie wybaczyłby jej zażyłości ze mną. Musiała wybierać. Po jej śmierci dowiedziałam się, że na jej nocnym stoliczku stało nasze wspólne zdjęcie :(

  • Rzeczywiście była do ciebie przywiązana. Nie dziwi mnie jednak, że musiała zachować się lojalnie wobec syna… Mam tylko nadzieję, że na to zasłużył. Pozdrawiam

  • Bardzo ciekawie piszesz. Fascynuje je mnie psychologia i choroby jednostki oraz rodzinne.To co piszesz o marnotrawnej żonie…smutne ale tak często jest. Znam osobę, która uciekła od męża i naciągnęła go na sporo kasy, właściwie to sam jej sfinansował tą ucieczkę nieświadomie. Gruchnęła wieść, że ją bił, że teściowe niedobrzy, że zdradzał. Jak było tego nie wiem, w zyjeś 4 ściany nie wejdę. Wiem, że dostawała ładne i drogie rzeczy od niego. Odchylenia są próbą maskowania kolejnych odchyleń. To jak domino.
    Pozdrawiam i będzie mi miło jak wpadniesz do mnie ;)

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>